Showing posts with label jadalnia. Show all posts
Showing posts with label jadalnia. Show all posts

Metalowa szafka dla ... królika i jesień w jadalni

Tuesday, October 13, 2015

Po tak długiej przerwie znów mam problem jak zacząć, ale niestety będziemy musieli Moi Mili do tego przywyknąć. Blogowanie wciąga i każdy kto zaznał tematu, doskonale wie o czym mówię, to prawdziwa odskocznia i naprawdę fajny świat, ale i pożeracz czasu, którego wciąż na wszystko za mało.

Wiem, wiem, znacie to wszyscy, jednak cały widz polega na tym, aby wybierać właściwe priorytety ... Dla mnie jest nimi Rodzina i wszystko co z Nią związane. Ostatnio bardzo dużo myślałam, tak na jesień mi się zebrało i uświadomiłam sobie, że koniecznie muszę zwolnić tempo, bo biorę sobie na głowę zdecydowanie za dużo, a potem niemoc w realizacji wszystkich obowiązków i założonych planów, wzbudza we mnie niepotrzebną frustrację. Nie zamierzam rezygnować, bo sprawia mi to za dużo frajdy, ale muszę trochę odpuścić.

Jesień to taka melancholijna pora roku jest nie? A ja z pewnością należę do osób bardzo wrażliwych i ogromnie uwielbiam domatorstwo, nie to, żebym leniwa była i nie lubiła spędzać czasu aktywnie, ale kocham cały ten domowy klimat, no tak mam i już ;) Herbatką z ulubionego kubka się ucieszę albo jak mi domowe (i zdrowe) ciasto wyjdzie, lubię wspólne posiłki, spędzanie czasu przy stole, gdzie i zadanie się odrabia, i koloruje, i orzechy obiera, i rodzinne narady się czasem odbywa ;)

Jak już tak sobie długaśny wstęp zarezerwowałam to powiem jeszcze, że od pół roku moją głowę zaprząta też dążenie do zmiany naszej diety na zdrowszą. Miotam się czytając etykiety, toczę walkę z dylematami co kupić, co podać a czego nie, gdzie zdobyć lepszej jakości produkty, jak przekonać młodszą córę do innego jedzenia ... Dużo już udało się zrobić, z czego się cieszę, ale ile nerwów i stresu przeżyłam to tylko ja jedna wiem. To temat rzeka, robimy małe kroki, wprowadzam zmiany stopniowo i choć efektów spektakularnych na razie nie ma, bo chorób od początku roku przedszkolnego zaliczyliśmy już dwie i nie chcę nic mówić ale chyba zbliża się trzecia, ja wierzę, że jest to inwestycja w lepsze życie i zdrowie. A, i zapomniałabym, teraz jeszcze chciałabym przerzucić się na kosmetyki bez tego całego sietu (przepraszam za wyrażenie, ale tego nie da nazwać się inaczej), który nam oferują producenci.

To już wiecie co u mnie słychać i jak się sprawy mają a teraz przechodzę do tematu posta, w którym dzisiaj kilka tematów. Przede wszystkim nowy mebel i nowy zwierzak w naszym domu, a przy okazji jesienny klimat w jadalni, gdzie tak naprawdę spędzamy najwięcej czasu.

Metal cabinet

Metal cabinet

Metal cabinet

Zwierzątka w domu już mieliśmy wcześniej, najpierw był chomik Bibi, potem dwa króliki Kropka i Pysia i teraz kolejny królik Rudi. Wszystkie poprzednie miały akwarium lub standardową klatkę, ale tym razem było inaczej. Wszystko zaczęło się od tego, że w kwietniu br. zobaczyliśmy publikację w MM z kawalerki przeuroczej Lu z bloga http://enjoyourhome.blogspot.com/ Wspaniałe mieszkanko, urządzone z ogromną pasją, mnóstwo ciekawych i oryginalnych pomysłów! Wracam tam z miłą chęcią szczególnie, że Lu to naprawdę przemiła osóbka! Do dzisiaj nie potrafię zrozumieć jak mogłam przeoczyć wcześniej ten fakt i zauważyć dopiero w gazecie ... Lu zaprojektowała taką szafkę dla swojego królika i to właśnie Ona nas zainspirowała do tego, żeby też wykonać podobną dla naszego przyszłego zwierzaka.

W zasadzie to nie wierzyłam, że to się uda, bo mąż nigdy nie wykonywał mebli metalowych, drewniane jakieś już tam owszem, ale okazuje się, że dla złotej rączki nie ma rzeczy niemożliwych. Szafka powstawała etapami, bo materiały trzeba było skompletować, a potem w miarę wolnego czasu i odrywania się od innych obowiązków, powoli nabierała kształtów.

Chciałam, żeby była metalowa, ale w połączeniu z drewnem, jednak z uwagi na aspekt ekonomiczny wybraliśmy jednak płytę OSB, która też doskonale wpasowuje się w klimat industrialny, bo o taki mi chodziło.

Metal cabinet

Szafka, jak na prawdziwego perfekcjonistę przystało jest dopracowana w każdym calu, może nawet za bardzo, bo ja lubię rzeczy nieidealne, podniszczone i przyszarzałe. Były o to nawet momentami zgrzyty, kiedy np. zobaczyłam, że mąż maluje płytę OSB, złapałam się za głowę, ale uspokoił mnie, że nie będzie bardzo się błyszczała, bo potem ją trochę zeszlifuje, a chodzi przecież o zabezpieczenie przed zabrudzeniami i łatwiejsze użytkowanie ... Łączenia są zabezpieczone silikonem, bo jak wiadomo, trudno takiego gryzonia nauczyć, aby sikał tylko do kuwety ;)

Na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć, że sprawdza się doskonale no i nawet fajnie wkomponowała się do jadalni. Początkowo miała stać w pokoju na dole, ale skoro ten kąt nadal pusty i czeka na kredens to na razie może być też tutaj. W planach dalsze udoskonalanie czyli zamocowanie butli z wodą w środku ;)

Metal cabinet

Metal cabinet

Metal cabinet


A Rudi to fajny zwierzaczek, podbił od razu nasze serca. Początkowo miał być szary, tak uradziliśmy, więc kiedy szafka już stanęła, musieliśmy ją od razu zapełnić, wszyscy już długo na to czekaliśmy ;) Asia była chora, a pogoda typowo jesienna, więc z telefonem w ręku, biegałam w deszczu przez trzy godziny po mieście i szukałam we wszystkich sklepach zoologicznych tego jedynego ;) Jak się okazało na próżno, bo Rudi był pierwszy, którego zdjęcie przesłałam do dziewczynek i potem już nikomu żaden inny się nie podobał.

Rabbit

Rabbit

Rabbit

Muszę przyznać, że robienie zdjęć zwierzętom to prawdziwe wyzwanie ;) Rudi umila nam długie jesienne wieczory, bawi się z dziewczynkami, biega po domu, podskakuje ... i gryzie wszystko co popadnie, dzisiaj pogryzł na strzępy kabel od ładowarki i chwycił się za kwiatka. Trzeba jednak zwracać większą uwagę na to co robi kiedy wyjmujemy go z klatki.

Rudi to być może i Rudzia, bo nie znamy płci ... Tutaj muszę przyznać jesteśmy trochę rozczarowani, bo wydawało nam się, że kupując królika w sklepie powinno się otrzymać informację ile ma tygodni, jakiej jest płci i jaka jest to odmiana, nie mówiąc o szczepieniu. Poprzednie króliki kupowaliśmy z hodowli gdzie otrzymaliśmy metryczkę ze wszystkimi danymi, króliki były zaszczepione i wiedzieliśmy kiedy mamy się udać w celu powtórzenia szczepienia.

Z doświadczeń jakie wynieśliśmy z poprzednich lat kiedy mieliśmy tamte zwierzątka, warto od samego początku oswajać je z nami, wyjmować do wspólnych zabaw, bo inaczej stają się dzikie i trudno o jakąkolwiek relację. Drugą kwestią jest odżywianie, przede wszystkim nie za dużo i najlepiej mieszanki bogate w warzywa i owoce plus siano, jak najmniej zbóż, bo wtedy bardzo rosną.

A skoro jesteśmy przy temacie jadalni, w której zamieszkał nasz nowy domownik to pokażę jeszcze kilka jesiennych kadrów, które powstały całkiem przypadkowo. Trochę suchych liści, które zebrała Asia i poprosiła o to, aby włożyć je do wazonu (ja szczerze mówiąc bym na to nie wpadła, bo wydawało mi się, że nie będą dekoracją, a tu proszę), wrzosy, orzechy, świece, kasztany, żołędzie i klimat gotowy.

Diningroom

Diningroom

Diningroom

Dinigroom

To by było na tyle dzisiaj Kochani, mam nadzieję do szybkiego następnego tutaj spotkania ;)
Ściskam
Iza
♥

More black

Friday, May 15, 2015


Biel, szarości, beże i rozmyte pastele to moje ulubione kolory, ale mniej więcej od roku stopniowo wprowadzam też więcej czarnych akcentów. Dlaczego? Po prostu się do nich przekonałam, metodą prób i błędów dostrzegłam jak świetnie czarne detale (ja znowu o detalach ;)) ożywiają nasze wnętrza.

Kiedy wprowadzaliśmy się do domu, nie chciałam nawet myśleć o czerni. Koniecznie marzyłam o jasnych wnętrzach, ale nieświadomie wybierałam też zdecydowanie jasne dodatki. Nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobało, jednak dopiero teraz po wprowadzeniu czarnych akcentów nabieram większej pewności, że idę w dobrym kierunku.

Czarną tablicę już pokazywałam, ale ten stołek jest nowy w tym towarzystwie. Pewnie pomyślicie, że to już nudne, bo z wieloma moimi zakupami tak bywa, ale tutaj było podobnie. Zbierałam się do zakupu i zbierałam, kilka razy już miałam jechać i nagle znikał ze sklepu, po czym znowu czekałam, żeby się w ogóle pojawił. Nie będę ukrywać, że wolałabym podobny ale podniszczony "duchem czasu", niestety nie udało mi się takiego znaleźć i w końcu się zdecydowałam.






Do zegara i szyldu dołączyła też drabinka, którą również można wykorzystywać jako stołek, stojak na kwiatki a nawet stolik (wedle uznania). Można ją też złożoną powiesić na ścianie. Ma z pewnością więcej funkcji niż poprzedni taborecik, którego używałam jako drabinki. Wysłużył się przez ostatnie lata, więc został przemalowany i powędrował do innego pomieszczenia, ale o tym kiedy indziej ;)





W salonie postanowiłam dodać pazura za pomocą czarnego plakatu, który wygląda jak postarzana tablica. Kupowałam go z myślą, że będzie oparty o ścianę, ale jak tu oprzeć coś co nie jest stabilne, nabyłam więc ramkę, ale szybko przekonałam się, że wersja bez ramki to jedyna słuszna decyzja. Po prostu nakleiłam go na tekturę i wygląda nawet całkiem fajnie.




Udało się również wykonać plan, który miałam w głowie od jakiegoś roku czyli przeniesienie na ścianę w górnym korytarzu trzech najważniejszych dla nas zdjęć z naszego życia, które do niedawna wisiały w salonie. W czarnych dużych ramkach wyglądają zdecydowanie lepiej, a korytarz nabrał w końcu życia. Znając siebie to z pewnością jeszcze tutaj wtrącę a to literkę a to jakiś napis, może cyferkę albo inną ozdobę, ale nic na siłę, powoli, przyjdzie taki dzień to będzie ;)





O tym, że lubię czarno białe fotografie i typografie to już chyba się przekonaliście. Tych od agnetha.home nie mogło u nas zabraknąć, są z nami już od dawna i nadal podobają mi się tak samo chociaż może ramki to sobie kiedyś odmienię albo będzie w ogóle bez ;)




W moim kąciku biurowym też wprowadziłam czarne akcenty, które już widzieliście, ale chyba jednak nie wszystkie choć wcale nie są nowe ;) Tutaj szczególnie chciałabym wspomnieć o dwóch przedmiotach, które mają dla mnie bardzo duże znaczenie. 

Obraz to ślubny prezent od jednego przemiłego Pana Janusza, tzw. "dusza człowiek" (wiecie co mam na myśli), który nie tylko namalował dla nas tą reprodukcję (obraz zaginął lub uległ zniszczeniu po roku 1939) ale również umilił nasze przyjęcie weselne szczególnym talentem muzycznym. Myślę, że nasi goście do dzisiaj z uśmiechem na twarzy wspominają te chwile właśnie dzięki Niemu i Jego zespołowi, a dodatkowo powiem też, że tak się złożyło, iż Pan Janusz to Tata pewnego znanego blogera, z którym w sumie nadal nie poznałam się osobiście ;)

Statyw z kolei to ubiegłoroczny prezent urodzinowy od Moich Ukochanych Rodziców, którzy bardzo cieszą się z tego, że odnalazłam w sobie taką pasję.





Na koniec najnowszy nabytek, który na razie w wersji "full" czyli z materiałem w środku powędrował do łazienki, ale jak mi się znudzi to będzie wersja bez i kto tam wie gdzie on jeszcze w naszym domu zawędruje ;) Kosz dosłownie teleportował do nas wczoraj, bo rano wypatrzyłam go na stronie, a już wieczorem był w naszym domu i wcale nie byłam w sklepie ;)




Na te dwa pozostałe też mam chrapkę, wszystkie kosze są z Jysk. Ten okrągły przerobię chyba na stolik ... a na stronie widnieje jako "kosz na śmieci" hahaha!




Myślę, że przekonałam Was do tego, że nawet jeśli lubimy jasne kolory i kochamy białe wnętrza to jednak czarne akcenty nadają niesamowitego charakter szczególnie jeśli ktoś lubi styl skandynawski.

Ja zmykam do pichcenia, bo jutro u nas druga najważniejsza w roku impreza czyli przyjęcie urodzinowe Alicji. Wczoraj robiłam do północy, a dzisiaj za karę, że teraz sobie siedzę na blogu to chyba będę robić do rana, ale co tam, czego się nie robi dla dzieci ;)

Pozdrawiam ciepło
Iza
♥

Kuchnia i jadalnia po skandynawsku

Monday, March 16, 2015


Witajcie Moi Drodzy Czytelnicy!

Takiej długiej przerwy w blogowaniu jeszcze nie miałam, co prawda było mnie trochę na FB, założyłam nawet profil na IG w tym czasie, ale niestety blog porosły już pajęczyny. W tematyce wnętrzarskiej działo się u nas dużo, a na blogu odwrotnie proporcjonalnie - cisza. Dlaczego tak się stało? Postaram się trochę wyjaśnić choć nie jestem pewna czy jesteście tym zainteresowani, jednak gdybym ten temat całkowicie pominęła i przeszła po prostu dalej to nie byłabym sobą.

3 marca mieliśmy zaplanowany zabieg Asi (migdał gardłowy, migdały boczne, błona bębenkowa) i to był powód mojej długiej nieobecności. Nie było pytania o to czy go wykonywać, decyzja była jasna i jedyna, bo rozmiar był bardzo duży, dodatkowo były już problemy z ujemnym ciśnieniem w uchu. Najbardziej przykre jest to, że poszłam do laryngologa z własnej woli, wiedzy, obawy. Nie dostałam skierowania od żadnego z pediatrów, do których chodziłam z ciągle chorującym dzieckiem. Na jesień pierwsza wizyta, w moim przekonaniu profilaktyczna, a na koniec zimy już zabieg ...

Nie krzywduję sobie absolutnie, ubolewam nad dziećmi cierpiącymi na okropne i poważne choroby, żałuję i tulę dzieciątka porzucone, chore i źle traktowane, staram się pomagać kiedy tylko mogę, ale serce matki nie zna granic, zawsze boleje i troszczy się o swoje dzieci, cierpi nawet kiedy to nie ją nie boli. Ściśnięte gardło, wypieki na twarzy spowodowane powstrzymywaniem się od płaczu, bo przecież miała taki dobry humor i nie wiedziała do końca co czeka Ją po zabiegu i myśli, tysiące myśli, obaw, strachu, że coś pójdzie nie tak, że będą powikłania, że będzie cierpieć ... A w ogóle to jak to? Moja mała córeczka idzie na stół operacyjny? Będzie tam sama, beze mnie ... i będą ważyć się losy Jej zdrowia ... ktoś będzie ingerował w Jej malutkie ciało ... Mogłabym tak pisać i pisać. Przeżyłam to bardzo mocno, na swój ogromnie wrażliwy sposób, tak mam i już, niestety nie czuję się na siłach tego zmienić. Przed zabiegiem się stresowałam, wszystko mi się działo, płakałam po kątach, w trakcie zamarłam wytężając słuch aby wytropić wszystkie możliwe odgłosy jakie dochodziły z sali operacyjnej, po zabiegu cierpiałam razem z Nią. Najbardziej dotknął mnie moment, kiedy jeszcze śpiącą niósł Ją na rękach lekarz anestezjolog, niewyobrażalne uczucie, praktycznie nie do opisania, a potem moment przebudzenia i przeraźliwie żałosny płacz, cichy i delikatny, ale tak ujmujący i ściskający za serce ... po obu porodach to z pewnością kolejny kamień milowy na mojej drodze ...

Jestem szczęśliwa, że nasza Pani doktor okazała się być nie tylko wspaniałym specjalistą, ale przede wszystkim człowiekiem i wspierała nas bardzo w tym trudnym dniu.

A potem, miało być lekko, miała jeść lody i leki przeciwbólowe miały pomagać, ale niestety w naszym przypadku wyglądało to inaczej. W trakcie zabiegu pojawiło się duże krwawienie co spowodowało potem wymioty, silniejszy ból, brak apetytu, ogólnie bardzo nieprzyjemne skutki i dłuższe gojenie. 

Adrenalina trzymała mnie kilka dni i dobrze, bo miałam siłę, żeby Ją nosić na rękach, spełniać Jej zachcianki, spędzać 100% czasu, a później mój organizm zaczął odrabiać straty i niestety wieczorami padałam z nóg. Nie mogłam zastartować, wciąż myślami tam i wtedy, rozkojarzona, zamyślona, wybita z rytmu ... Dopiero od kilku dni powoli mogę powiedzieć, że zaczynam wracać na normalne tory, ale żeby nie było tak kolorowo, cały ubiegły tydzień chora była Alicja a Asia od kilku dni kaszle, jutro kolejna wizyta. Już od miesiąca trwa u nas sezon infekcyjno - szpitalny, tkwię w maraźmie leków, wizyt lekarskich i szpitalnych.

Te wszystkie zmiany, które dokonały się u nas w ostatnim czasie miały być odskocznią i pocieszeniem, lekiem na całe zło ale nawet mnie, świrniętej na punkcie tematyki wnętrzarskiej, zwyczajnie nie cieszyły.

Dzisiaj mogę powiedzieć, że już cieszą i poprawiają humor, więc przerywam ten zastój blogowy i chcę pokazać Wam jak zmieniła się nasza kuchnia i jadalnia. Pojawiły się w niej elementy, które dodały więcej klimatu skandynawskiego (moim zdaniem choć tak naprawdę ten styl ma wiele różnych odmian). Wszystkie te rzeczy miałam w głowie już dawno, ale leżakowały jak to zwykle u mnie. W sumie to dobrze, bo mogłam bardziej przekonać się, że to dobre decyzje.

Czarna tablica. Jeszcze rok temu chciałam powiesić tutaj zwykłą tablicę w drewnianej ramie, ale nie chciałam dziurawić mebli i wciąż zwlekałam. I dobrze, bo w końcu dojrzałam do tego, aby zrobić bardziej radykalny krok. Tablica składa się z czterech samoprzylepnych folii, bo akurat takie były dostępne w tchibo.pl, ale można zakupić też folię w jednym kawałku. Jest to nie tylko powierzchnia do pisania kredą ale również magnetyczna tyle, że nie zdążyłam nabyć fajnych magnesów.

Innym sposobem na taką tablicę może być pomalowanie ściany czy innej powierzchni farbą tablicową. Na blogach u koleżanek jest sporo informacji na ten temat, sama zamierzam z nich skorzystać w najbliższym czasie, bo chcemy pomalować ścianę u Asi w pokoju. W przypadku mebli kuchennych naszym zdaniem lepiej sprawdziła się folia, którą będzie kiedyś można po prostu odkleić.

Tablica okazała się nie tylko fajnym pazurem i elementem skandynawskim, ale również świetną formą zabawy dla dziewczynek. Poniżej np. hasło wpisane przez Alicję i rysunki Asi.









Dywan. Brakowało mi go tutaj bardzo i żałuję, że tak długo zwlekałam. Tak naprawdę kuchnia i jadalnia to u nas serce domu, to tutaj spędzamy najwięcej czasu razem. Dziewczynki bardzo lubią tańczyć albo po prostu bawić się właśnie w tym miejscu i teraz mogą to robić bez obawy, że matka panikara będzie się wkurzać ;)

Poza tym wydaje mi się, że ten wzór bardzo ożywił to miejsce, jest wciąż monochromatycznie, ale jednak zdecydowanie bardziej ciekawie. To oczywiście moja opinia, ciekawa jestem co Wy o tym sądzicie?






Duża lampa w stylu industrialnym. Zawisła na środku pomiędzy kuchnią a jadalnią. Foto (Ikea) w największym rozmiarze, nie byłam pewna czy nie będzie za duża. Dość długo w tym miejscu wisiał wiklinowy wianek, który ozdabiałam różnymi zawieszkami, ale brakowało mi jednak tutaj światła, po pierwsze właśnie do zabaw dla dzieci a po drugie, po rozłożeniu stołu ta część była nieoświetlona.




Kable w oplocie. Kiedyś już o tym pisałam, chciałam nadać tym lampom trochę indywidualnego charakteru. Nie szukałam w sieci, być może ktoś już je przerabiał, ale ja takich nie widziałam do tej pory. Ogólnie muszę przyznać, że łatwo nie jest, bo są to lampy tanie i zmontowane na stałe, ale mój mąż to złota rączka, więc i takim ograniczeniom dał radę ;)

Kable na metry można kupić np. na allegro, ale ja uznałam, że cenowo lepiej jednak będzie zakupić gotowe zestawy (oprawka z kablem 1,8m) w Ikea. 






Chętnie poznam Wasze opinie na temat tych wszystkich zmian. Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was dzisiaj tym długim wstępem osobistym. Cieszę się, że nadal jesteście, mimo mojego braku zainteresowania blogiem, bardzo Wam za to dziękuję! I nawet kilka nowych osób witam na pokładzie! 

Iza
♥♥♥


A gdyby ktoś pytał:
Dywan - Ikea
Lampy, kable w oplocie - Ikea
Tablice magnetyczne - Tchibo


Jadalnia - ale jaja ;)

Wednesday, February 18, 2015


Uwielbiam szyldy, typografie i plakaty, szczególnie te w bieli, szarości i czerni. Zachwycam się aranżacjami z ich użyciem, ale u nas w domu wciąż mnóstwo jeszcze miejsca na wieszanie takich dekoracji, bo proces decyzyjny w moim przypadku trwa zwykle dłużej (a nawet jeszcze dłużej) i jakoś mi tak wolno to idzie ... ale jak już trafię na coś niepowtarzalnego to biorę od razu!

No i trafiłam ostatnio, nawet dość dawno, czas po prostu śmiga (!) ale leżakował sobie grzecznie, czekał na ostateczną decyzję gdzie powiesić i czy w ogóle powiesić czy może postawić. Pole manewru było znacznie ograniczone, bo napis zdecydowanie sugeruje okolice kuchni lub jadalni, ale w końcu nadszedł jego czas i zadecydowałam. I chyba dobrze, od razu jakoś mi się bardziej ten kąt teraz podoba!




Każda, nawet najdrobniejsza zmiana (oczywiście mam tu na myśli te trafione pomysły) powoduje tak fajne efekty i właśnie to jest to co lubię robić najbardziej! Nieważne czy jest to przestawiona w inne miejsce poduszka, zmieniona poszewka, narzuta czy postawiony kwiatek, za każdym razem mam taką samą radochę bo po prostu kocham to robić!
 
 
 
 
 
 
Zastanawiam się jakby dzisiaj wyglądało moje życie, gdybym nie odnalazła w sobie tej pasji i nie potrafię sobie odpowiedzieć na to pytanie, bo zamiłowanie do wnętrz i blogowanie już tak bardzo mnie pochłonęły, że jakoś sobie tego nie wyobrażam! 

No i wyszło jakoś tak przy okazji, miało być o szyldzie a przeszło w przemyślenia życiowe, ale baby tak mają czasami, że sobie lubią po prostu pogadać ;)
 


 
No to dzięki za wieczorne pogaduchy, do następnego!
Iza
♥
 
Szyld - Myszkowiec

Oversized clock & wooden houses

Thursday, January 29, 2015


Dwa różne elementy, ale pojawiły się w tym samym czasie, więc napiszę o nich razem. Zegar wielkich rozmiarów i to właśnie ten konkretny był w mojej głowie od co najmniej roku, ale wolałam poszukać, zastanowić się i upewnić czy na pewno ten, bo jednak jest to dość znany model.

Patrzyłam, szukałam, zastanawiałam się, ale niestety nic innego mnie nie urzekło, a właśnie na tą ścianę tak mi tutaj pasował. Wcześniej ta ściana była pusta, ale był mały zegar montowany bokiem do ściany tzw. dworcowy, model też zresztą bardzo popularny (dla przypomnienia jak wygladał tutaj). Miałam już nawet pomysł jak go przerobić, ale okazało się, że rozmontowanie go nie jest wcale takie łatwe i biorąc pod uwagę jego cenę, postanowiłam jednak kupić ten.




Trzeba przyznać, że jest wielki, ale właśnie w tym tkwi jego siła (to oczywiście moje zdanie). Zwraca uwagę, jest świetnym kontrastem i dopełnieniem. Co by jednak nie było tak zbyt pospolicie i sztampowo, dla równowagi jest i coś własnoręcznie wykonanego. Domki drewniane absolutnie nie są moim pomysłem, można je spotkać w wielu skandynawskich wnętrzach i kupić u kilku blogowych koleżanek już od dawna (np. u Ani a Anything). Ja się skusiłam na takie domowe hendmejdy, bo kiedy mąż wystrugał boje do naszej altanki wiedziałam, że z domkami nie będzie żadnego problemu, chociaż dopiero teraz nabrały mocy urzędowej.

Powiem nawet więcej, teraz modne są betonowe i takie też mi się podobają, ale jakoś ostatnio padło na drewno ;)

Surowe drewno, z odpadków, które po prostu były w domu, niektóre nawet popękały, ale mi to nie przeszkadza o ile ktoś sobie krzywdy tym nie zrobi. Na razie takie mi się podobają, ale być może za jakiś czas je pomaluję kto wie ;)





Gdyby ktoś z Was się zastanawiał dlaczego ten otwór w ścianie nie jest na środku ... No właśnie, teraz to widać jeszcze bardziej, ale mi aż tak bardzo to nie przeszkadza, wolę z drugiej strony czyli w salonie mieć większe pole do popisu na ścianie, gdybym np. chciała ustawić tam komodę itp. Bez tego otworu z kolei byłoby bardziej przejrzyście, przestronnie i spokojnie, ale na razie nie zamierzam go likwidować, bo lubię sobie tam coś ustawiać.





Kąty oczywiście nadal nie są wykończone, pokazuję tylko kolejne etapy zmian. Zielonych akcentów chcę więcej, ale rośliny nie są moją najsilniejszą stroną i wolę się powoli do nich przekonywać niż kupić od razu całą masę i wszystkie zmarnować. Zresztą, u mnie wszystko raczej powoli, z długim zastanawianiem, na tzw. 10tą stronę. O drzewkach oliwnych np. myślę już od około 1,5 roku, ale do tej pory zawsze coś mi przeszkadzało, a to rozmiar niewłaściwy, a to cena, w to wreszcie jednak się rozmyśliłam, że może nie teraz, a jak już chciałam to się okazało, że nie sezon i nie ma. Teraz już wiem, że będą w sklepach w marcu/kwietniu, więc być może tym razem.




W sumie to teraz sobie myślę, że czarne lampy byłyby fajne, ale bałam się, że będzie tak bardzo znać na nich kurz ;) A przemalować przecież zawsze można ;) Zastanawiam się też wciąż nad wymianą kabli na te o tzw. splocie żelazkowym. Ostatnio w Ikea wypatrzyłam gotowe zestawy, a o wymianie tych kabli myślę od samego początku kiedy zmieniałam lampy w jadalni. Takie dylematy ;)


Iza
♥

Zimowo i świątecznie part 2

Saturday, December 27, 2014

Święta zawsze mijają tak szybko ... na szczęście w tym roku wolnego pod dostatkiem więc można sobie to świętowanie zdecydowanie przedłużyć :) 

Dziękuję Wam ogromnie za wszystkie przepiękne życzenia świąteczne!!!

Ciekawa jestem jak Wy spędzaliście te dni, u nas było leniwie, rodzinnie ale i aktywnie, wczoraj były łyżwy, a dzisiaj zabawy na śniegu. Zabrałam się też za tworzenie prezentów do akcji Santa Bloger, prototyp się udał, więc pozostałe 13 sztuk powinno się udać. Jutro będę działać!

W ostatnim poście pokazałam Wam nasz dom w świątecznej szacie, a dzisiaj druga część zdjęć, bo jeśli mnie już trochę znacie to wiecie, że zawsze tuż przed Świętami lub w trakcie a nawet i po Świętach, coś tam dodam, zmienię i poprawię. Wszystko zależy od czasu i weny ;)











Duża choinka w salonie jednak stanęła i tutaj specjalne podziękowania dla Agnieszki i Roberta! Dziękujemy Wam kochani jeszcze raz! Sprawiliście nam wspaniały i bardzo miły prezent!!!

Wieszamy na niej zawsze bombki zbierane latami, głównie jako prezenty, ale też inne dekoracje i jakieś słodycze, żeby dziewczynki miały radochę. Mamy już dużo ręcznie zdobionych baniek, które mają za sobą historię, niosą wspomnienia i są dla nas bardzo ważne.

Kabel od światełek bardzo bije po oczach, ale niestety dzień przed Wigilią kiedy ubieraliśmy choinkę, był jakiś koszmarny (dużo problemów i kłopotów) i nie bardzo miało to dla nas wielkiego znaczenia.








Piszcie co tam u Was. Udanej niedzieli!
Do miłego! Iza
 

Followers

Popular Posts